2011-12-20 22:51:56 >> 51. Ostatnim razem, gdy coś tu zapisywałam, mówiłam o wiośnie. Potem milczałam przez parę dobrych (a jakże!) miesięcy i teraz, kiedy w końcu zebrałam się na to, by kliknąć przycisk "nowa notka", pada śnieg. Pierwszy w Michałowie tej zimy. Może to jakaś dziwna prawidłowość, że powracam tu, gdy śnieży, mrozi i wieje? Może latem mniej potrzebuję wirtualnych wyznań? Niewykluczone. Dużo się namieszało, wymieszało i przemieszało w moim życiu. Takie odnoszę wrażenie, lecz z drugiej strony, to tak właściwie ciężko jest mi podać jakieś konkrety. Przypomina mi się parę nic nieznaczących bzdur. Na przykład - w maju przeszłam operację przegrody nosowej. I w tym momencie może powinnam powtórzyć za Bajdałą z leśmianowego "Dusiołka" - "Milcz gębo nieposłuszna, bo dziewki wyłają!". Rzeczywiście, chyba nie wypada pisać wśród tego galimatiasu duchowych intymności o takiej przyziemnej rzeczy jak nosowe dolegliwości. Pozwolę sobie jednak zignorować zasady decorum. ;) Zwycięsko przeszłam przez sesję letnią ostatecznie nawet uwieńczoną otrzymaniem stypendium naukowego. Ja, zbzikowana i nieogarnięta Madzia, jestem aktualnie stypendystką. Opłacało się porzucić licealne nawyki i zacząć naprawdę rzetelnie pracować. Potem przyszły wakacje. Niby długie, a jednak krótkie, trochę mokre, trochę upalne. Z Tomkiem. Oddawaliśmy się słodkiemu lenistwu na przemian z praktykowaniem sportowych aktywności. Mam tu na myśli siłownię, kajaki i górskie wycieczki. Poza tym bardzo dużo podróżowałam: Gdańsk, Olsztyn, Lublin, Augustów, Kraków, Zakopane, Katowice, Włocławek... Ważnym elementem stały się rekolekcje w Dobrym Mieście. Iście przełomowe. Nie mogę w tej wyliczance oczywiście pominąć narodzin mojej chrzestnej córki, Matyldy. Maleństwo przyszło na świat dokładnie w moje imieniny, 22 lipca. I jeszcze coś - odkrycie "Pieśni lodu i ognia" George'a R. R. Martina. Jeszcze żaden magiczny świat nie pochłonął mnie tak, jak ten. Gdziekolwiek się nie ruszyłam, miałam pod ręką któryś z tomów. Po wakacjach - jesień. Liście bardzo długo mieniły się na drzewach złotoognistymi barwami. Spacery po Dewajtis miały niebywały urok wśród tej powodzi kolorów, czasem zrywających się do tańca pod wpływem silniejszego wiatru. Coraz więcej zaczęło się wkradać do codzienności lektur, zaliczeń, wypracowań... A dziś, tak jak napisałam na początku, spadł śnieg i lada moment będziemy śpiewać kolędy i zajadać czerwony barszcz z uszkami. To kusząca wizja, zwłaszcza, że tę wigilię spędzę u boku mojego ukochanego mężczyzny. Meżczyzny, który bez okazji podarowuje mi kwiaty i zabiera na randki. Mojego dzielnego rycerza w nike'ach. No cóż, widzę, że wyjątkowo uciekłam w bardzo sprawozdawczą formę. Następnym razem zdobędę się na trochę więcej magdowego artyzmu. Być może. skomentuj (0) 2011-03-31 10:30:27 >> 50. Przyjdź, wiosno. Niech pod dotykiem Twych dłoni zazielenią się nie tylko drzewa, ale i moje serce. Przyjdź ze słońcem, które swoim światłem rozproszy smutki, ciepłem otuli zmęczoną twarz. Rozgrzej duszę zakrzepłą mrozem. Niech znów zapachną słodko konwalie. Niech poranki zajaśnieją nadzieją. skomentuj (1) 2011-03-20 22:27:31 >> 49. A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał, Jest więc odtąd na wieki i grzeszna, i święta, Zdradliwa i wierna, i dobra, i zła, I rozkosz, i rozpacz, i uśmiech, i łza... I anioł, i demon, i upiór, i cud, I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna... Ukłon w stronę pana Tuwima. Pewnego jasnego poranka (a może był deszczowy, może to w ogóle nie był poranek!) spisał kilka linijek, którymi pięknie podsumował zmagania młodego dziewczęcia mającego urodzić się trzydzieści cztery lata po jego śmierci. Ostatnie miesiące mijają mi na próbach pogodzenia ze sobą dwóch zupełnie sprzecznych natur. Czuję wewnętrzne rozdwojenie za każdym razem, gdy muszę wybierać między tym, czego domaga się ciało, a czego potrzebuje dusza. Po wielu bitwach stanęło na tym, że pierwiastek ziemski został odsunięty na bok. Konieczna jest jednak stała czujność, bo jak wiadomo ciało lubi się łasić. Taki kot. Same zmysły... skomentuj (0) 2011-03-16 01:15:43 >> 48. Enneagramowa jedynka to osiołek goniący za marchewką dyndającą na sznurku tuż przed jego nosem. Pewnie każdy zapytany człowiek powie, że zdarza mu się wymagać od siebie zbyt wiele, żądać tego, by wszystko było i-de-al-ne. Prawie każdy, ponieważ istnieje wąska grupka prawdziwych perfekcjonistów, którzy zawsze będą uważali, że marchewka wisi naprawdę blisko i odrobina więcej wysiłku napewno rozwiąże cały problem. Tak trudno jest mi zgodzić się na osobę, którą jestem. Wybaczyć sobie pustkę w głowie, jaką czuję, gdy ktoś mówi do mnie coś po angielsku. Nie przeklinać w duchu, kiedy przypadkiem, idąc szybko ulicą, zobaczę swoje przygarbione, niezgrabne odbicie na szybie wystawy sklepowej. Mówić o pewnych przegranych sprawach z przeszłości bez smaku goryczy i poczucia irytacji na swoją dziecinność i głupotę. Gdybym tylko mogła jak w paintcie zedytować swój obraz - dorysować brakujące elementy, a niepotrzebne wymazać gumką. A potem kliknąć "zapisz zmiany". skomentuj (0) 2011-02-24 09:42:36 >> 46. - Kocham cię, Morholcie - powiedziała Branwen, nie patrząc na mnie. - Kocham cię, czy tego chcesz, czy nie. Czy ja tego chcę, czy nie. To jest jak choroba. Jak niemoc, która odbiera mi możność wolnego wyboru, która topi mnie w otchłani. Zabłądziłam w tobie, Morholcie, nigdy już się nie odnajdę, nie odnajdę siebie takiej, jaką byłam. A jeżeli odpowiesz uczuciem na moją miłość, zabłądzisz również, przepadniesz, pogrążysz się w odmęt, nigdy już nie odnajdziesz dawnego Morholta. Dlatego dobrze się zastanów, zanim mi odpowiesz. (...) To straszna choroba, ta miłość - ciągnęła Branwen, też przyglądając się żaglom korabia. - La maladie, jak mówią ci z południa, z głębi lądu. La maladie d'espoir, choroba nadziei. Samolubne zaślepienie, czyniące krzywdę wszystkim dookoła. Kocham cię, Morholcie, w samolubnym zaślepieniu. Nie martwi mnie los innych, których mogę niechcący wplątać w moją miłość, skrzywdzić i podeptać. Czy to nie straszne? A jeżeli odpowiesz uczuciem na moje uczucie... Dobrze się zastanów, Morholcie, zanim mi odpowiesz. To fragment opowiadania, z którym pierwszy raz zetknęłam się dawno temu na lekcji polskiego. Pewien czas później dostałam też list - parafrazę tych słów. Dopiero z czasem odkryłam, skąd je znam. Gdy dzisiaj przypadkowo znów wpadł mi w ręce ten urywek tekstu, poraziło mnie, jak ironiczna i zawrotna potrafi być gra losu. To był jeden z tych momentów, gdy z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że całe moje życie jest wielkim splotem dopełniającyh się wzajemnie sytuacji, układającym się według jakiegoś tajemniczego wzoru ciągiem zdarzeń. Bo to, co działo się po tym, jak otrzymałam tamten list, było niesamowicie dokładnym odbiciem słów Branwen. Kolejne miesiące mijały mi na walce z maladie d'espoir w całej rozciągłości jej trudów i cierpień. Ze złą miłością, o ile taka istnieje. skomentuj (1) 2011-02-14 22:46:53 >> 45. Żyję zawieszona gdzieś między słowem, obrazem i dźwiękiem. Sztuka w każdej postaci przyciąga mnie jak magnes. Najważniejsze miejsce w moim serduchu zawsze będzie zajmować jednak literatura - zbójnickie książki, które z łatwością łamią zasady fikcjonalności Ingardena i przenikają do otaczającego mnie świata. Przebiegam wzrokiem tekst, stopniowo porzucam siebie, staję się nieznanym kimś i płonę cudzym, podkradzionym ogniem. skomentuj (0) 2011-02-12 17:39:20 >> 44. Szarpię się z sobą i ze swoim domem. Im goręcej obiecuję sobie, że przestanę się złościć, tym bardziej jestem zmęczona swoją kolejną porażką. Jest we mnie tak dużo gniewu, mam wrażenie jakby wrzała we mnie odkładająca się przez lata fustracja. Powtarzam sobie, że potrzebny jest czas i wszystko kiedyś się poukłada między mną a rodzicami. Nie wiem, czy ich kocham. Na pewno wiele dla mnie znaczą, bo gdyby było inaczej, nie cierpiałabym tak bardzo z ich powodu. A więc są ważni, tylko że w jakiś trudny i skomplikowany sposób. Próbuję przypomnieć sobie najlepsze chwile z nimi, ale wtedy już zupełnie wyłącza mi się myślenie, za to w oczach pojawiają się łzy i mam chęć wyć jak zraniony pies. Modlę się o to, aby skądś nadeszła jakaś pomoc. Nie radzę sobie zupełnie z tą sytuacją. Moje własne wysiłki na nic się nie zdają, tylko wszystko jeszcze bardziej pogarszam. Zamiast być ucieleśnieniem dobroci i czułości, może w ten sposób pozytywnie na nich wpłynąć, jestem czynnikiem zaostrzającym konflikt. Dlaczego nie potrafię mówić do nich łagodnie, pokazać, że mi na nich zależy? Dlaczego nawet w prostych, codziennych sytuacjach atakuję ich, wywołuję spięcia, mam ciągle ten sam nieprzyjemny ton głosu? Dlaczego taka jestem? Próbuję znaleźć odpowiedź w sobie. Wiem, że gdzieś musi być jakaś ukryta rana, z której sączy się mój gniew. skomentuj (0) 2011-02-01 02:51:17 >> 43. Chodzi o miłość, wszystko kręci się wokół niej, wszystko nią oddycha. Do takich właśnie rozmyślań nastraja mnie Las Bielański. Przemierzam go prawie codziennie i za każdym razem zatrzymuję wzrok na cichej ścianie drzew po obu stronach drogi. Teraz są przypruszone śniegiem, wyglądają jak Boży wernisaż wystawiony do podziwiania. Gałęzie wyciągają się w stronę nieba, jakby prosiły o spojrzenie i dotyk Stwórcy. Cała przyroda zdaje się wołać o miłość. Miłość jest największym wyzwaniem mojego życia. Nie strach, nie pycha, z którymi siłuję się od rana do nocy - miłość. To bardzo trudne kochać, naprawdę kochać. Przyjmować ze spokojem, bez zdenerwowania wszystkie rodzinne spięcia i sprzeczki. Panować nad sobą, gdy złość rozsadza od środka i złe słowa cisną się na usta. Czy nauczę się kochać Tomka tak, by umieć odsunąć na bok swój egoizm i myśleć wyłącznie o nim i jego dobru? Łatwo jest latać trzy centymetry nad ziemią, całować po przeczytaniu SMSa szybkę telefonu, tulić się do dwojga silnych ramion. Jeszcze łatwiej zapomnieć, że chodzi przecież o coś znacznie więcej. O miłość. Taką, w której nie ma miejsca na egoizm. Obserwuję uważnie, rozkładam na czynniki pierwsze, przefiltrowuję rzeczywistość. Staram się znaleźć w niej miejsce dla siebie, dla wszystkich pragnień i obaw, które wypełniają mnie po brzegi. Spoglądam w lustro, starając się zrozumieć i przyjąć tego człowieka, który patrzy na mnie niespokojnie z naprzeciwka. Pokochać siebie, swoje wspomnienia, swoją bezradność. Dać sobie szansę. Niech zniknie to, co jest częściowe. skomentuj (2) 2011-01-22 22:33:38 >> 42. będziemy szli nieprzerwanie w ulewie, skwarze, huraganie przez chwiejne mosty, grząskie bagna chaszcze, pustynie i mokradła będziemy szli przez zamiecie przez grudnie, marce, czerwce, sierpnie upalne lata, mroźne zimy będziemy szli - nie zawrócimy z wiarą w następny zakręt drogi, co znów okaże się nie ten w tajne przymierze z Panem Bogiem, w naszego trudu jakiś sens (...) Nie wiem, o czym myślał autor tych słów, gdy je spisywał. Mogę jedynie zgadywać, czemu spośród tysięcy wyrazów, jakie znał, wybrał właśnie te i w akurat takiej kolejności. Może podobnie do mnie codziennie przed zaśnięciem podchodził do okna, zatrzymywał się w zadumanej pozie i patrzył z niepokojem na to, co się za nim dzieje. Może w ten sam sposób schylał się na skraju drogi i podnosił listek, który spadł z drzewa, żeby pogłaskać go i włożyć z czułością do kieszeni. Wątpił, pragnął, lękał się - jak ja - i jednocześnie czuł bardzo silnie, że idzie w dobrą stronę. Gdzieś za tym zakrętem musi przecież kryć się odpowiedź na wszystkie pytania. I on z pewnością to przeczuwał. Potrzebuję sensu, wzniosłego celu, idei. Bóg jest dla mnie ucieleśnieniem wszystkiego tego, co wydaje mi się piękne i warte podjęcia walki. Bóg-miłość ciągle mnie zaskakuje tym, że jest dużo bliżej, niż kiedykolwiek będę mogła dostrzec, Nie mówi jedynie przez głos sumienia, sztukę czy słowo - on wręcz podsuwa mi pod nos kapcie, gdy stoję o 6.30 rano na zimnych kafelkach podłogi w łazience. I nigdy nie będę dla Niego tylko jednym z miliardów punkcików na mapie świata. Zna mnie, moje imię, mój kolor oczu i istotę tego, kim jestem - moją duszę. Przenika ją w każdej mijającej sekundzie. skomentuj (0) 2010-12-26 23:43:01 >> 41. Nigdy wcześniej pytanie "co u ciebie?" nie sprawiało mi tylu problemów. Wzruszam ramionami, uśmiecham się i rzucam jakieś nic nieznaczące "studiuje się, studiuje". Bo taka prawda. Głowę mam pełną lelum polelum. Jeszcze jakoś na szczęście daję radę wepchnąć między przedniojęzykowo-zębowe l a krotofilnych sowiźrzałów mojego Tomka. I chwała Bogu. A no właśnie, miałam jakiś dziwny czas separacji z Szefem. Czasami ludzie mówią, że przeżywają duchową pustynię i mnie też wydawało się, że mam do czynienia z czymś w tym rodzaju. Teraz, kiedy mogę objąć spojrzeniem całe zjawisko, przypomina mi to jednak bardziej chocholi taniec rodem z "Wesela" Wyspiańskiego. Niemoc i marazm. Ale mam to już za sobą, tak myślę. Co jeszcze? Zima za oknem! Uwielbiam wirujące płatki śniegu, malowane mrozem szyby, wszechogarniającą biel! Pięknie wygląda Michałów o tej porze roku. Uśmiech mi spełza z twarzy tylko, jak pomyślę, że nie zdążyłam pójść na zimowy spacer z Carlosem. Z nim jednym dzieliłam swoją sympatię do śnieżnych zasp. Teraz jakoś oswajam się z codziennością, w której brak małego merdającego ogonka. skomentuj (0) |
|
|||||||